
Praskie impresje


Obejrzałem "Vincere" (przetłumaczone na polski jako "Zwycięzca") – film o Idzie Dasler, tajnej żonie Benito Mussoliniego. Dobrze zrobiony warsztatowo, zachwycający obrazem, dobrze oddający klimat epoki. Niestety smutny i jak dla mnie za bardzo melodramatyczny (dziewczyna mojego kumpla, po obejrzeniu powiedziała: "Nie lubię oglądac filmów o głupich laskach"). Powiem tylko, że kończy się wzmiankami o śmierci głównych bohaterów oraz o klęsce faszyzmu 😦
Kilka dni temu obejrzałem na Discovery dokument o holenderskich kibolach. Ostrzy gostkowie! Obrzucić pociąg koktajlami Mołotowa to dla nich normalka. Pomyślałem sobie: skąd się tacy ludzie wzięli w takim bezstresowo-liberlanym (w znaczeniu amerykańskim) kraju jak Holandia? Przecież to potomkowie spokojnych tkaczy i cieślów okrętowych. Jak widać im bardziej społeczeństwo tłamsi męskie instynkty (używając takich pałek jak polityczna poprawność, multi-kulit, pacyfizm, gospodarcze uzależnienie, religijny modernizm, kulturalna nijakość), tym większa na to reakcja tłamszonych.
Podobnie jest w Norwegii. Na zewnątrz parytety, ekologia, bezstressowe społeczeństwo. W duszach mężczyzn odzywa się jednak czasem duch wikingów. Nie pisze tutaj jednak o norweskim black metalu, Euronymusie etc. (choć są to przejawy tego zjawiska). Przeglądając facebookowy profil DMC natrafiłem na takiego linka o norweskich żołnierzach w Afganistanie:
Żołnierze z batalionu Telemark wywołali burzę wypowiedziami dla magazynu "Alfa". Mówią tam m.in.:
Znalezienie
się na polu walki jest warte trzech miesięcy bez ruchania. Może to
zabrzmi dziwnie, ale wojna jest lepsza niż pieprzenie. Na polu walki
jest jasna sytuacja: albo ty, albo wróg, a kiedy w celowniku pojawia się
"czerwona mgła" … to
coś nieopisanego. To dlatego tu jesteśmy.
Święte słowa. Jak powiedziała osoba z drugiej strony barykady, jedna z terrorystek RAF – "Pieprzenie się to to samo, co strzelanie". Zabijanie jest instynktem – to Tanatos. Miłość też – to Eros. Nad wszystkim panują jednak normy społeczne i nasze sumienia. Porównanie wojny do seksu jest jak najbardziej właściwe. Nieprzypadkowo mezopotamska bogini miłości Isztar, była również boginią wojny. To co mówią norwescy żołnierze jest stwierdzeniem faktu, który wyparliśmy ze swojej świadomości.
Co ciekawe, norweskich polityków oburzyło to, że żołnierze walczący o norweskie interesy w górach Afganistanu malowali na domach Afgańczyków czaszki z "Punishera", by pokazać Talibom czyj to teren. Interesujący jest również ceremoniał batalionu Telemark:
"Podczas
zamkniętej uroczystości pożegnania żołnierza Claesa Joachima Olssona,
który zginął w wyniku eksplozji miny drogowej w styczniu bieżącego roku,
jeden z oficerów wygłosił płomienną mowę, a potem uderzył pięścią w
okrytą flagą trumnę i powiedział: – A teraz pójdziemy bić się za ciebie,
druhu!
Następnie oficer i żołnierze trzykrotnie wydali okrzyk bojowy oddziału: "Do Walhalli!".
Czy mamy za co potępiać tych Norwegów? Nie ma przecież żadnych informacji, by zabijali niewinnych cywilów. Skutecznie za to eliminują talibów. Lubią swoją robotę. Lubią narażać życie za nasz dobrobyt. Tacy ludzie są potrzebni Europie.



Przed pójściem na Salt wahałem się – co przeważy bardziej moja nienawiść do Daniela Olbrychskiego, czy też uwielbienie dla aktorstwa Angeliny Jolie (kiedyś jej nie lubiłem, ale polubiłem po świetnych rolach w "Dobrym agencie" i "Aleksandrze":). Oczywiście wygrało to drugie. To jest zdecydowanie film dla fanów Jolie – cudownie wygląda jako blondynka. Cudownie się też obserwuje ewolucję granej przez nią postaci – od nieco nieporadnej i wystraszonej panienki po maszynkę do zabijania.
Co do Olbrychskiego, to grał żenująco, mimo, że rólka rosyjskiego agenta jest dla niego stworzona (nie tylko ze względu na jego bolszewicką gębę), ale na szczęście scena jego śmierci była bardzo symboliczna.
Co poza tym? Przez pierwsze pół godziny, narzekałem – stare schematy, naciągana fabuła etc. Później jednak zaczęło się robić coraz ciekawej, pojawił się fajny zimnowojenny klimacik w stylu lat ’80-tych – i w sumie dało się oglądać. Film raczej dla fanów Angeliny Jolie i czytelników "Gazety Polskiej".
Obejrzałem "Incepcję". Ten film mogę określic jednym słowem: GENIALNY. Christopher Nolan (reżyser i scenarzysta) zawsze daje gwarancję, że to co zobaczymy będzie ucztą dla oczu i umysłu. I tak było tym razem. Akcja trzyma w napięciu – a toczy się czasem aż na czterech płaszczyznach (na każdej z nich czas biegnie w innym tempie!). Dobra gra Di Caprio a do tego klimatyczna muzyka Hansa Zimmera. Co ciekawe, mimo mrocznego posmaku (typowego dla Nolana), film ma bardzo pozytywne przesłanie. Nie będziecie żałowac tych ponad dwóch godzin spędzonych na jego oglądaniu…
Kolejny odlot "Gazowni". Po obsrywaniu dra Targalskiego, prof. Wolniewicza, prof. Wieczorkiewicza, IPN, CBA, buddystów z Diamentowej Drogi, przeciwników budowy meczetu na Ochocie, kibiców Lecha Poznań, portalu nasza-klasa i grup rekonstrukcji historycznych główny organ Sralonu zajął się zespołem Sabaton. Jak wszyscy wiemy, Szwedzi z tej kapeli są autorami znakomitego kawałka "40:1" poświęconego bitwie pod Wizną a ostatnio wyszła ich nowa płyta, m.in. z utworami o Powstaniu Warszawskim i Dywizjonie 303. "Gazownia" zarzuca Szwedom, że fascynują się Wehrmachtem, SS i nazizmem. "GazWyb" pyta: czy to wypada więc, by płytę Sabatonu promowały Muzeum Powstania Warszawskiego, "Rzeczpospolita" i TVP?
No cóż, Sabaton ma na swoim koncie mocno antynazistowskie kawałki, utwory sławiące izraelską armię, przypominające o Holokauście, ale "Wyborcza" widocznie wolałaby, żeby Szwedzi robili tylko i wyłącznie utwory gloryfikujące działalność Jarucwelskiego i Kiszczaka. "GazWyb" przytoczył cytat jakiegoś anonimowego forumowicza mówiący, że "Sabaton" to panna, która idzie za każdym mundurem. No cóż, pisze to gazeta, która ma na koncie takie kwiatki jak "Dajmy Hamasowi szansę" czy "Ubecka lista krąży po Polsce".
Poniżej: utwór Sabatona "Counterstrike" poświęcony wojnie sześciodniowej.
Zwiedziliśmy jeszcze Mostar, Medjugorje, Pale, "piramidy" w Visoko oraz wodospady Kravica. Potem udaliśmy się do Zagrzebia. Wspaniałego CK-Miasta o pięknej architekturze, czystego i w odróżnieniu od Belgradu nie pomazanego graffiti. Tam spotkaliśmy się z chorwackimi nacjonalistami. Zrobili oni na mnie jak najlepsze wrażenie. Doskonały poziom wiedzy historycznej, propolskośc, brak świra na punkcie Niemiec (przynajmniej takiego jak mieli Serbowie na punkcie Rosji), nieco makabryczne poczucie humoru, zamiłowanie do piosenek Thompsona i rakiji:) Z taką ekipą wybraliśmy się do Bleiburga w Austrii, "chorwackiego Katynia", czyli miejsca w którym Brytyjczycy przekazali komunistom Tity na rzeź 150 tys. Chorwatów, Serbów, Słoweńców, Bośniaków i Węgrów.