Honor generała

Powyżej: kopia szabli gen. Sikorskiego należąca do gen. Błasika
Niektórzy zarzucają mi, że w sprawie Smoleńska zbyt dużo cytuje "NDz" i "GP", więc teraz dla odmiany zacytuję arcypoprawną "GW". Donosi ona bowiem, że według polskich uwag do raportu MAK mjr. Protasiuk na wyskości 100 m nakazał przerwac podejście do lądowania rzucając słowo: "Odchodzimy". Później na 80 m to samo powtórzył nawigator, mimo to załodze nie udało się przerwac podejścia a samolot nadal zmierzał w dół. Słowa mjra Protasiuka burzące wersję o łamaniu procedur oraz o lądowaniu za wszelką cenę zostały odczytane przez polskich specjalistów od fonoskopii. Pominął je MAK. 
Sypie się też teza o naciskach. Przeczy jej bowiem… sam raport MAK. Czytamy w nim:  "Nieuczestniczenie dowódcy SP Rzeczypospolitej Polskiej w rozwiązaniu powstałej skrajnie niebezpiecznej sytuacji wpłynęło na podjęcie decyzji przez dowódcę statku powietrznego o zniżeniu poniżej wysokości podjęcia decyzji bez nawiązania kontaktu z obiektami naziemnymi".
Podreślam słowo NIEUCZESTNICZENIE. Skoro gen. Błasik nie uczestniczył w procesie decyzyjnym w kokpicie, to jak miał naciskac na pilotów? Co więcej, MAK robi gen. Błasikowi zarzut, że nie pouczał załogi jak należy kierowac Tupolewem…
Sama obecnośc gen. Błasika w kokpicie jest również mocno wątpliwa – według raportu MAK, jego ciało znaleziono przecież w głębi samolotu a nie w kokpicie. Potwierdzona jego obecnośc w kabinie pilotów trwała jedynie 3 sekundy! W tym czasie ponoc czytał kartę pokładową – co jest moim zdaniem działaniem nieco bez sensu. Jak wchodzi do kokpitu nie mówi "Nie przeszkadzajcie sobie Panowie", załoga się z nim nie wita, tak jakoś ani be, ani me, ani kukuryku… Możliwe więc, że głos gen. Błasika został błędnie zidentyfikowany lub… doklejony (np. z nagrań jakiegoś szkolenia). 
Zwrócmy jednak uwagę na następującą rzecz: kłamliwa teza o lądowaniu za wszelką cenę, pod naciskiem przełożonych była kolportowana przez Rosjan już w pierwszych godzinach po katastrofie. Tymczasem, gdy zmarł prezydent Jelcyn – rosyjskie media milczały cały dzień, za nim o tym doniosły. Po prostu nie mieli wówczas instrukcji jak to komentowac. A 10 kwietnia – szok absolutny, polski prezydent ginie koło Katynia – i jakoś instrukcję mieli. 
Ruskich może jednak zgubic arogancja. MAK mógł przecież odpuścic sobie insynuacje o pijanym polskim generale, mógł obarczyc współodpowiedzialnością Plusnina, czy inną marionetkę, ale kazano mu iśc na całośc. Ale cóż, napluli w twarz Tuskowi, a on się do nich uśmiecha i wraca w Dolomity. Olewając śmierc swoich przyjaciół Arama Rybickiego i Sebastiana Karpiniuka.

Dodaj komentarz